Pokazywanie postów oznaczonych etykietą O nas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą O nas. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 stycznia 2010

Uroczystość Najświętszego Imienia Jezus


"Niech Imię Jezus w czasy nieskończone, Imię najsłodsze będzie uwielbione".


Dzisiaj obchodzimy uroczystość patronalną.

Modlimy się, aby Najświętsze Imię Jezus było głęboko wyryte w naszych sercach, abyśmy mogły dla Niego tylko żyć, z Nim i dla Niego się trudzić, z Jego powodu się radować, Jego głosić i w Nim umierać, aby Jezus był naszym wszystkim na zawsze.

IMIĘ JEZUS W BIBLII

Stary Testament określa Boga wieloma imionami, z których większość to rzeczowniki pospolite, wyrażające jakiś jeden przymiot lub czynność. Jednak imieniem naprawdę własnym Boga, który objawił się w Izraelu, jest JAHWE. Na pełną formę tego imienia składają się cztery spółgłoski (tetragrammaton) ― JHWH, oznaczające JESTEM lub ON JEST. Powyższego wyrażenia nie należy jednak rozumieć statycznie, jako „byt absolutny sam w sobie”, lecz raczej dynamicznie, to znaczy jako „istnienie rzeczywiste wykazane czynem”[1].

Bóg przez ujawnienie swojego imienia nie tylko przedstawia się i daje się poznać, ale przede wszystkim „objawia się”, co oznacza, że odkrywając swoje imię, daje siebie samego (Wj 3, 13-16)[2]. Widać wyraźnie, że z jednej strony imię ― JAHWE ― jest objawieniem Osoby Boga, wyrazem Jego Boskiej Istoty. Z drugiej zaś, wymaga ono od człowieka wejścia w nową, osobistą relację z Nim. Dowiedzieć się kim jest i jaki jest Bóg, to jednocześnie poznać co należy czynić[3].

Znaczenie dosłowne imienia Jezus (hbr. JESZUACH, JEHOSZUAH) to „Jahwe jest zbawieniem”, „Bóg zbawia”. Sformułowanie to wyraża zarówno tożsamość, jak i posłanie Jezusa Chrystusa (zob. KKK 430). Oznacza, że samo imię Boga jest obecne w Osobie Jego Syna. Jest to imię Boże, jedyne, które przynosi zbawienie (zob. KKK 432). W pełni czasów Bóg staje się szczególnie obecny (JHWH – JEST) wśród ludu, jest Emmanuelem ― „Bogiem z nami”, Bogiem Zbawicielem. Imię Jezus wyraża Osobę, przeznaczenie, powołanie i misję wcielonego Syna Bożego[4].

Nowy Testament wspomina imię Jezus bardzo często, ale to Dzieje Apostolskie można nazwać „Księgą Imienia Jezus”. Częste przywoływanie tego imienia nie jest jednak traktowane jako rodzaj magicznej formuły, gdyż skuteczne używanie go wymaga wewnętrznej i osobistej więzi z Osobą Syna Bożego. Pierwsi chrześcijanie dawali wyjątkowy przykład wiary w moc imienia Jezus. Kiedy Kościół pierwszych wieków nauczał i działał, to odbywało się to w imię Jezus, czyli z Jego siłą lub po prostu przez Niego osobiście. W to imię uzdrawiano, tzn. przez moc Jezusa, w to imię odpuszczano grzechy, tzn. przez samego Chrystusa. Chrzest w imieniu Jezus miał zadanie połączyć chrzczonego ze Zbawicielem. W końcu Kościół także modlił się w imię Jezus, tzn. w Jego Duchu. Chrześcijaństwu pierwszych wieków towarzyszyło przekonanie, że całe życie Kościoła powinno toczyć się w imię Jezusa, tzn. wyrastać ze wspólnoty z Nim urzeczywistnionej w wierze[5].

Imię Jezus zawiera w sobie dwie rzeczywistości: obecność Boga ― „Jahwe” i Jego działanie ― „zbawia”. Można stwierdzić, że to szczególne imię zawiera w swoim znaczeniu wszystkie prawdy i tajemnice Boże, a więc streszcza misterium Trójcy Świętej. Imię Jezus właśnie dlatego „głosi chwałę majestatu Bożego”[6], ponieważ objawia i zawiera całość misterium Osoby Jezusa Chrystusa. Imię Jezus jest „imieniem najwyższej miłości”, „pełne mocy i potęgi, doskonałe i pełne”, jest „źródłem dobroci, pokoju, podstawą cnoty”[7]. Imię Jezus „streszcza tajemnicę Boga”, gdyż Jezus Chrystus jest doskonałym objawieniem Trójcy Świętej[8].


[1] A. Jankowski, Bóg, w: Podręczna encyklopedia biblijna, t. 1: A-Ł, red. E. Dąbrowski, Poznań–Warszawa–Lublin [brw.], s. 195-196.

[2] Por. F. Rienecker, G. Maier, Imiona Boga, w: Leksykon biblijny, red. wyd. pol. W. Chrostowski, Warszawa 2001, s. 284-285; S. Łach, Pięcioksiąg, w: Wstęp do Starego Testamentu, red. S. Łach, Poznań-Warszawa 1973, s. 209.

[3] Zob. Mnich Kościoła Wschodniego, Modlitwa Jezusowa, Kraków 1993, s. 8-9.

[4] Por. A. Jankowski, K. Romaniuk, L. Stachowiak, Komentarz praktyczny do Nowego Testamentu, Poznań-Warszawa 1975, s. 13-14; Mnich Kościoła Wschodniego, dz, cyt., s. 11

[5] Zob. F. Rienecker, G. Maier, Imiona Chrystusa, w: Leksykon biblijny, dz. cyt., s. 288.

[6] H. Koźmiński, Powieść nad powieściami, t. 1: Opowiadanie o Miłości Bożej względem rodu ludzkiego, Włocławek 1909, s. 331.

[7] H. Koźmiński, Powieść nad powieściami, t. 1, dz. cyt., s. 333-336.

[8]Nowe przeto, a wyższe jeszcze imię Boskie powinno otworzyć tę nową erę miłosierdzia i miłości. «I nazwano imię Jego Jezus». Drugie prześwietne imię Boże było Jehowa, w które to imię tyle cudów w Starym Testamencie się spełniło, ale i nad to również wyższe jest imię Jezus, bo mieści w sobie razem wszystkie cuda i dobrodziejstwa Wcielenia, wszystkie własności i doskonałości Boże i wszystkie łaski, jakie na duszę i ciało w tym życiu i w przyszłym i przez wszystkie wieki spływają”. ― Tamże, s. 334.

MONOGRAM IMIENIA JEZUS (IHS)

Monogram Imienia Jezus wywodzi się od greckiego zapisu słowa JEZUS ― ІНΣΟΥΣ. We wczesnej tradycji chrześcijańskiej (II w.) Imię to było skracane do dwóch liter IH. Były one specyficznie zapisywane ― przedłużona kreska poprzeczna „ety” (H) obejmowała umieszczoną przed nią lub w nią wpisaną „jotę” (I) ― tak, że powstawał znak krzyża. W IV w. do „joty” (I) i „ety” (H) zaczęto dołączać jeszcze „sigmę” (Σ). Od VII w. pod wpływem latynizacji języka przekształcono „Σ” w „S”. W ten sposób powstał znany także dzisiaj zapis monogramu Imienia Jezus (IHS). W toku historii jednak zagubiono pierwotne znaczenie tego skrótu i zaczęto odczytywać i tłumaczyć go w różnorodny sposób, dopisując każdej literze jeden wyraz. Dla przykładu można przytoczyć następujące wytłumaczenia: „In hoc Signo” [vinces] ― „W tym znaku” [zwyciężysz] lub „Jesus hominum Salvator” ― „Jezus Zbawiciel ludzi” czy jezuickie „Jesu humilis sotietas” ― „Jezus dla pokornego towarzyszem”. Do pierwotnego rozumienia monogramu powrócono dzięki św. Bernardynowi ze Sieny, który na nowo odkrył i rozpowszechniał właściwe rozumienie IHS[1]. Mimo wszelkich „nieporozumień” można jednak zauważyć, że istotą używanego skrótu było przeważnie Imię Jezus, niezależnie czy rozumiano IHS jako skrót od tego Imienia czy rozwijano go w całe wyrażenie.


[1] Zob. D. Forstner, Świat symboliki chrześcijańskiej, Warszawa 1990, s. 34.

czwartek, 31 grudnia 2009

SYLWESTER w klasztorze?

Świat szaleje, a my...? Trwamy w promieniach Twojej miłości, Jezu. Dziękuje Ci za to że BYŁEŚ w tym roku blisko, za to że JESTEŚ i za to że BĘDZIESZ w przyszłym roku i na zawsze... Tego mogę być pewna niezależnie od przemijającego czasu.

A wszystkim życzymy trwania w promieniach Jego MIŁOŚCI, abyście się dali przytulić do Jego SERCA, a do tego czasem potrzebna jest właśnie cisza i otwart
e uszy na Jego wołanie.

Ze starego na nowy rok w samym środku nocy w adoracyjnej ciszy modlimy się za szalejący świat o błogosławieństwo Boże!

ADORACJA

Może znacie te przedziwne chwile adoracji przed Najświętszym Sakramentem. Na ołtarzu Jezus ukryty w Hostii, w zdobnej monstrancji, wokoło cisza, czasami zapach kadzidła, czasami jakieś modlitewne szepty, zwierzenia? Adoracja...

Przedziwne

Okruszek Chleba

rozmowa cichych spojrzeń

Nie mam sił

Nic

Wiara

Okruszek Chleba

potrafi ze mną płakać

Sił - nie mam

Ty

Wiara

Nie chcę odejść

Okruszek Chleba

i całe moje życie

w Tobie tyka.

Adoracja polega właściwie tylko na wpatrywaniu się w siebie zakochanych. Minuty mijają i nie dzieje się dla oka ludzkiego kompletnie nic. Siedzę patrzę, to zamykam oczy, to otwieram. Myśli to przychodzą to odchodzą.

Czego można się nauczyć przez to wpatrywanie się w tajemnicę Eucharystii, przez to, wydawałoby się, ślęczenie? Co chce powiedzieć nam Jezus ― nasz Pan ― przez tą milczącą obecność?

Pana Jezusa obecnego w białym chlebie, najczęściej nazywamy ukrytym. „O mój Jezu w Hostii skryty” śpiewamy w naszych Kościołach. I właśnie tej prawdy chce nas nauczyć nasz Boski Mistrz ― ukrycia. Tę prawdę doskonale zrozumiała Matka Franciszka Witkowska. W jednym ze swoich listów napisała do O. Honorata: „Ja pragnę, aby to Oblicze ukryte w Przenajświętszym Sakramencie było centrum, koło którego wszystko się obraca i do którego wszystko zmierza”.

Jezus w Eucharystii całkowicie pozbawił się widzialnej chwały, każdy może zrobić z Nim co zechce. Może zgiąć kolana i chwalić, a może i ... podeptać. Nie będzie piorunów, kar. Bóg mocny ― wielki Pan - stał się malutki, mieści się w dłoniach człowieka, powierza się jego woli i miłości.

To najtrudniejsza prawda jaką chce nas nauczyć Bóg, najtrudniejsza lekcja prostoty, pokory i małości. Pan Jezus powołuje nas, abyśmy naśladując Jego ukrycie w Hostii, też tak jak On, stawały się maleńkie. Maleńkie to znaczy nie dopominające się swoich praw, nie szukające pochwał, nie pracujące dla sukcesu. Były po prostu ewangelicznymi nieużytecznymi sługami. Takie ukrycie to nic innego jak franciszkańska realizacja ubóstwa. Ubogi Pana to ten, który oczy wpatrzone ma wyłącznie w Boga. Od Niego całkowicie uzależniający swoje życie, polegający na Nim z tą świadomością, że wszystko otrzymuje od dobrego Ojca, a sam stanowi małe nic i co więcej cieszy się z tej małości, która jest przyczyną obdarowania.

Człowiek „ukryty w Bogu z Chrystusem” jest bardzo zwyczajny. Nikt nie zna tajemnic Jego duszy i bogactwa, które Go przepełnia. Jest po prostu z jednej strony normalny wśród tysięcy, ale jednak piękno, które w nim dojrzewa promieniuje na innych, zmieniając całkowicie świat, w którym żyje. I znowu nie ma tu żadnych nadzwyczajności. Owszem, cuda dostrzec można tylko okiem wiary, jak okiem wiary oglądamy Boskie Oblicze naszego Pana.

Ludzie dzisiejszych czasów boją się ciszy, w której można zanurzyć się podczas adoracji, gonią, hałasują, dopominają się słusznych praw, biją się o swoje, rozpychają łokciami. Chcąc naśladować Jezusa Ukrytego musimy zgodzić się na przegraną, wyśmianie, policzek. Nikt nie dostrzeże piękna, które w nas będzie się rozwijało ― bo to jest właśnie ukrycie. Kiedy jednak rozkwitnie w nas miłość Boża, przyjdą do nas ci zagonieni ludzie, sfrustrowani, o dziwo przegrani, niezadowoleni z własnej chwały.

Nie róbmy wtedy nic ― tylko bądźmy mali i zaprowadźmy ich do ogrodu adoracji, gdzie wzrośliśmy.

środa, 9 grudnia 2009

10 grudnia obchodzimy 122 rocznicę powstania naszego Zgromadzenia. Ale jak to się zaczęło...?

Kiedy jest najlepszy czas, aby zostać matką? Co jest potrzebne, aby stworzyć dom? Odpowiedzi na te pytanie są prostsze, a zarazem bardziej skomplikowane niż człowiek mógłby przypuszczać. „Moje drogi nie są drogami waszymi” – mówi Pan. Czy to możliwe, aby wielkie dzieło, dzieło powstania zgromadzenia zakonnego, narodziło się z walki z samym sobą, z bólu, z tęsknoty, ze słabości ludzkiej? „Moc w słabości się doskonali” – mówi Bóg.

To była taka zwyczajna dziewczyna. Tym tylko różniła się od dzisiejszych nastolatek, że urodziła się „trochę” wcześniej a mianowicie 19 stycznia 1866 r. Jej rodzice – państwo Witkowscy ochrzcili swoje dziecko, nadając imiona: Maria, Aniela.

Marylka (tak nazywana zdrobniale w domu) wychowywała się w zwyczajnej rodzinie, wiernej wartościom religijnym. Lubiła się bawić w towarzystwie grona rówieśników, jej dom w Starym Siole rozbrzmiewał do późnego wieczora śpiewem i radością. Jak każdy młody człowiek także Marylka zadawała pytania, dotyczące celu swojego życia. Tęskniła za prawdziwym szczęściem, które się nie skończy, gdy pogasną światła, a dom zostanie opuszczony przez przyjaciół. Dlatego coraz częściej po prostu spoglądała w niebo, skierowując do Pana Jezusa swoje myśli i uczucia, szukając wypełnienia swojego życia głębszą treścią i sensem, być może zadając takie właśnie pytanie: „Ach powiedz mi, dlaczego świat mój tam gdzie TY?!”

Charakter miała zmienny i niestały, kierowany często uczuciem, co nie przeszkadzało Panu Bogu, który łaską swoją wzmacniał go i kształtował. Czy istnieją przeszkody dla tych, co zaufali Panu? Słabość jest tylko zapowiedzią działania Boga w duszy, z wykluczeniem jakichkolwiek zasług człowieka. Pełna wdzięku, ładna, miła w obejściu, lubiana przez otoczenie, zdolna zaczynała się powoli zmieniać, coraz bardziej oddając siebie ukochanemu Panu. Kierowało nią pragnienie całkowitego ofiarowania się Bogu –„miłość za miłość – krew za krew” – z pełnym młodzieńczym radykalizmem.

Ideały? Owszem istnieją, jeżeli jesteśmy im wierni. Marylka była wierna, chociaż nie było jej łatwo. Musiała znieść i wycierpieć całkowity sprzeciw ojca, smutne spojrzenie matki i ironiczne uśmiechy braci. Ostre „nie” słyszała naokoło.

Ach ta miłość, tyle z nią problemów, ale czy można nie kochać? Skoro jednak kochać to tak na przepadłe, do końca, do śmierci, w bólu i radości. Może nie rozumiała tego uczucia, które przekładało się na konkretną postawę życiową wierności Panu każdego dnia. Może pytała się: „Dlaczego ja?” Jak to się dzieje, że młoda, ładna, zdolna, lubiana dziewczyna podejmuje, zdawałoby się nagłą, decyzję służenia i oddania serca tylko Jezusowi, idąc do zakonu? Wokół słyszy słowa „dobrych rad” – „zastanów się”, „zmarnujesz życie”, śmiech, krytykę, a jednak trwa, nawet może nie znajdując kontrargumentów, trwa, bo „to, co najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”. Jest to jej tajemnica, tajemnica powołania.

Wreszcie spełniło się, w 1885 roku Maria wstąpiła do nowo powstałego zgromadzenia ukrytego, bezhabitowego, Zgromadzenia Sercanek, tak zwyczajnego jak samo życie – praca i modlitwa. Ja i TY Panie! Wszystko się skończyło? Wręcz przeciwnie, to się dopiero zaczęło, zaczęła się próba miłości. Usłyszała: „Czy miłujesz mnie więcej aniżeli ci?”

Ojciec Honorat Koźmiński, organizator tej zupełnie innej, niespotykanej dotąd w kraju formy życia zakonnego, wciąż szukał założycielek dla nowych zgromadzeń, ponieważ potrzeby ludzi spragnionych Boga w ich zwyczajnym życiu ciągle rosły, stwarzając nowe pola pracy. Tym razem wybór padł na Marylę Witkowską. Marylka, mając zaledwie 20 lat, usłyszawszy propozycję założenia nowego zgromadzenia zakonnego, była przerażona, cały jej świat legł w gruzach. Odpowiedziała: „Nic nie rozumiem, jaka wola Boża, a tak kocham Zgromadzenie swoje [Sercanki], że jeżeli wyjdę, sercem w nim pozostanę.” W końcu po walkach i modlitwie wypowiedziała swoje FIAT.

Pod koniec 1886 roku Maria Witkowska pojechała do Wilna już jako Matka, a w 1887 przyjechała do Warszawy i tutaj 10 grudnia razem z dwiema pierwszymi siostrami ofiarowała się Panu Jezusowi przez Maryję i zaczęła w ukryciu przed światem i ubóstwie swoje życie zakonne w nowym zgromadzeniu Sióstr Imienia Jezus (nazwa przyjęła się później właśnie z inicjatywy Założycielki). Młode siostry były zachwycone jej wdziękiem i miłym obejściem. Wydawałoby się, że ich ciche, proste, szczęśliwe życie nie będzie miało końca.

Do serca młodej Matki zapukały jednak wątpliwości i pytania: Czy Bóg tego chce? Czy ja się nadaję do tego dzieła, taka młoda, niedoświadczona? Może łatwiej jest powiedzieć „Tak” niż trwać, gdy pojawiają się problemy, niedostatek, tęsknota za przyjaciółmi, poczucie samotności. Twarz Matki Franciszki (takie przyjęła nowe imię zakonne), choć spokojna i pełna dobroci, coraz częściej powlekała się smutkiem. W maju lub czerwcu 1889 wyjechała do domu rodzinnego z zamiarem nie powrócenia, zawiadamiając o tym ojca Honorata.

Dlaczego Bóg dopuścił do tak wielkich rozterek duszy Mu oddanej, dlaczego nie dał pokoju, ale kazał walczyć, zaciemnił rzeczywistość, doprowadził do niezrozumienia tego dzieła? Jest to Jego tajemnica, tajemnica powołania. „Moje drogi nie są drogami waszymi” – mówi Pan. Może Bóg przez to doświadczenie chciał umocnić miłość Marylki, która z uczucia miała przerodzić się w postawę ofiarowania swojego życia za braci. Po dwóch miesiącach udręki odpowiada: „Jeśli przez ten wybór spełni się wola Boża, to chociażbym umierała od tego, niech się spełnia... Ja pragnę należeć do Boga, bezwarunkowo iść za Nim z wiarą i bez trwogi...” Ideały? Istnieją wtedy, gdy jesteśmy im wierni.

Wróciła i zaczęło się: praca, godziny ciszy przed tabernakulum, nowe siostry, nowe domy, nowe dzieła, ludzie wdzięczni za uśmiech. Matka Franciszka rozumiała coraz więcej, jej horyzont poszerzał się, dziwne nienasycenie rosło: więcej, więcej chcę Ci Panie oddać, weź moje życie, za innych, za braci, za Kościół. Zrozumiała do końca, co to jest MIŁOŚĆ prawdziwa. Swoją postawą wyznawała: Kocham Kościół, bo Ty Panie jesteś Kościołem, bo ci za których umarłeś są Kościołem, kocham Go bo jest poniewierany. W 1893 roku złożyła śluby wieczyste, oddając swoje życie w ofierze za wolność i rozwój Kościoła.

Aż dojrzało życie Matki i wyszedł Pan na żniwo swoje. W wieku 29 lat w ciszy poranka przyszedł po nią, i wybiegła Mu na spotkanie pełna radości ubrana jak Oblubienica w białą szatę... 26 października 1895 około godz. 10.00 zmarła na gruźlicę, a raczej zaczęła życie prawdziwe.

26 października, w rocznicę śmierci Matki Franciszki, zaistniałam ja jako Siostra Imienia Jezus. Przede mną i po mnie narodziły się i rodzą inne. Dzisiaj tworzymy rodzinę, którą zapoczątkowała zwyczajna dziewczyna - Marylka, zgadzając się na wolę Bożą. Wiem, że wyrosłyśmy z cierpienia i walki naszej Matki, z jej rezygnacji z siebie, z jej wierności woli Bożej, z jej „TAK”, z jej cichej modlitwy. Wyrosłyśmy z NIEJ, z jej krwi i oddania. I będziemy istnieć dopóki będziemy cierpieć, walczyć, rezygnować z siebie. Będziemy istnieć dopóki będziemy wierne woli Bożej, będziemy ponawiać nasze TAK, trwać w ciszy przed Panem, oddawać życie za braci.

niedziela, 15 listopada 2009

Jesteśmy jednym z bezhabitiowych zgromadzeń ukrytych (honorackich). Jesteśmy po prostu siostrami, ale nie musisz mówić do nas "Siostro", a na ulicy nawet się za nami nie obejrzysz, chodzimy ubrane zwyczajnie, ale...
Wszystkich zainteresowanych szczegółami dotyczącymi zgromadzenia odsyłamy na www.marylki.opoka.org.pl
Tutaj chcemy dzielić się refleksjami i wypowiadać pragnienia serca.
Będziemy również umieszczać informacje na temat spotkań, które organizujemy dla dziewcząt.
Zapraszamy do wspólnych spotkań tutaj, ale i na "żywo"!