Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rok liturgiczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rok liturgiczny. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 marca 2011

Cieszę się, że przyszedł Wielki Post! Nareszcie! 
Tak bardzo się sobą zmęczyłam, tymi wszystkimi żalami, pretensjami, które zżerają mi serce, tym moim niepodwarzalnym, śmiertelnie poważnym "ja", które cierpi z byle słowa czy czyjeś miny. 
Wraz z Wielkim Postem, mam nową nadzieję na łaskę, aby  pozbywać się siebie.
Będę się starać i walczyć z tym moim starym "ja", które nie jest tak naprawdę moje. Tak, domyślam się, tym razem również tysiąc razy upadnę, ale to nie jest ważne. Ważne jest to, że dzięki temu na pewno przyjdę po raz tysięczny pod Krzyż.
Cieszę się, że przyszedł Wielki Post, bo mogę się gorliwiej, z nowym zapałem wpatrywać w Chrystusa i to Ukrzyżowanego i tam wypatrzeć zwycięstwo nad tym moim niesfornym "ja". 

Cieszę się, że przyszedł Wielki Post, bo w Tobie, Ukrzyżowany, mogę na nowo wszystko zostawić i wszystko odnaleźć.

czwartek, 2 grudnia 2010

ADWENT - TAJEMNICA MILCZENIA

 

Mogą być różne rodzaje milczenia i nie każdy rodzaj jest wskazany czy potrzebny a czasami bywa nawet szkodliwy.
Może być milczenie gniewu, gdy złość jest tak wielka, że zastyga i zamyka drogę do przebaczenia.
Może być milczenie lęku, gdy cisza jest ucieczką od prawdy i od umierania.
Może być milczenie samotności, która staje się wygodnym sposobem na przeżycie.
Może być także milczenie rozkrzyczane, gdy zewnętrznym monologiem zagłuszamy ciszę, w której przemawia sumienie.
Prawdopodobnie można by wymienić jeszcze wiele rodzajów takiego milczenia, ale nie o takie tutaj chodzi.

Chodzi o milczenie, które jest SPOTKANIEM.
Najpierw jest to spotkanie z Bogiem. Milczenie spotkania jest oczekiwaniem, jest otwarciem się na Tego, na którego się oczekuje. Jest to tak jak człowiek staje przy oknie i patrzy, i czeka a wokół dzwoni cisza, a On przychodzi nawet nie wiadomo kiedy...
Ale się trzeba także namęczyć, żeby tak MILCZEĆ, żeby usunąć wszystko co moje, aby każdą myśl, każde słowo i czyn zamienić w modlitwę, w dialog z nade wszystko Umiłowanym. 
Do tego potrzebna jest CISZA, cisza o wiele głębsza niż ta zewnętrzna, która jest zwykłym nie mówieniem czy nie myśleniem (pozornym).
Jest to cisza umierania, ostatecznej rezygnacji z siebie, tak z siebie, wtedy nie ma się już nic, tylko BOGA, który JEST i zalega MILCZENIE.
Wtedy w Nim, nie szukając wcale, odnajduję siebie na NOWO, staje się napełniony tym SENSEM i tą NADZIEJĄ, że tylko ON JEST i nie pragnie się już niczego więcej, dlatego jest milczenie.

To milczenie musi być również spotkaniem z człowiekiem. Gdy wreszcie przestanę myśleć o wadach innych, nawet najsłuszniejszych, gdy zamilkną wreszcie moje osądy, krytyki na temat innych, wtedy zacznę milczeć a drugi człowiek stanie się po prostu przyjacielem w moim JEDYNYM PRZYJACIELU. Gdy zacznę milczeć w ten sposób zobaczę, że jestem taki sam jak mój brat obok.

Chociaż to jest nie do uwierzenia, to wszystko stanie się prawdą, gdy zrozumiemy, że takie milczenie jest ŁASKĄ przebywania z tym na którego oczekujemy - Umiłowanego nade wszystko.

Wtedy właśnie będzie można swobodnie porozmawiać, a każdy dźwięk wypełniony tym milczeniem z Bogiem będzie celowy i poukładany, jak melodia ciszy, bez bełkotu przypadkowych słów.

Właśnie dlatego potrzebny jest ADWENT, aby PAN mógł nauczyć nas milczenia, milczenia otwartego i z radością, że ON PRZYJDZIE, bo przecież JEST.

sobota, 27 listopada 2010

MARANA THA!

PANIE,
w tabernakulum za fioletową wstążeczką
Czekam
może przyjdziesz z krzykiem pierwszego bólu
może przybiegniesz uśmiechnięty
jak dziecko
może zupełnie zwyczajnie
Proszę
bo mam zmarznięte dłonie
Proszę
bo zabrakło gwiazd
Proszę
bo sens nie ma już sensu.

niedziela, 24 października 2010

Różaniec modlitwą uwielbienia imienia Jezus

[na podstawie listu apostolskiego Jana pawła II, Rosarium Virginis Mariae (RVM)]

Bezpośrednie przywołanie imienia Jezus pojawia się w III rozdziale RVM 33. Jan Paweł II wyakcentował, że imię Jezus stanowi centrum i zwornik dwóch części „Zdrowaś Maryjo”. To imię wskazuje na całe misterium Chrystusa, którego kontemplacja tajemnic wraz z Maryją jest celem odmawiania różańca. Owocne odmawianie go wymaga wyakcentowania imienia Jezus i wraz z nim Jego misterium.

Powtarzanie imienia Jezus – jedynego imienia, w którym dane jest nam mieć nadzieję na zbawienie, złączonego z imieniem Matki Najświętszej, pozwalając by ona sama nam je podsuwała, stanowi drogę upodobnienia, której celem jest głębsze wprowadzenie nas w życie Chrystusa.

W nr 27 Papież nawiązał do modlitwy Jezusowej jako do najbardziej charakterystycznej modlitwy medytacji chrystologicznej na Wschodzie. Przez metodę wiązania wypowiadanej formuły z rytmem oddechu pragnie się osiągnąć stan, gdzie Chrystus staje się dla życia tchnieniem, duszą i wszystkim. Dzięki postawieniu w centrum różańca imienia Jezus można spostrzec, że to właśnie ta modlitwa jest "modlitwą Jezusową Zachodu"[1].

Papież w liście apostolskim Rosarium Virginis Mariae podkreślił chrystologiczny wymiar różańca, jego chrystologiczne ukierunkowanie. Różaniec to modlitwa, w której rozważamy i kontemplujemy osobę i misję Chrystusa, która została nam objawiona już w samym znaczeniu imienia Jezus (Jezus — hbr. Jehoszuach — oznacza Jahwe zbawia).

Ø Różaniec niesie ze sobą przesłanie ewangeliczne, jest streszczeniem Ewangelii, Dobrej Nowiny, której centrum jest misterium Chrystusa;

Ø Różaniec polega na kontemplowaniu Chrystusa z Maryją i sercem Maryi oraz tak jak Maryja;

Ø Celem różańca jest kontemplacja tajemnic życia Jezusa, rozważanych sercem Maryi:

§ Przez wspominanie Chrystusa z Maryją uświadomiamy sobie aktualizację zbawienia także dzisiaj – jest to otwieranie się na łaskę, jaką Chrystus uzyskał dla nas przez swe tajemnice życia, śmierci i zmartwychwstania

§ Uczymy się rozumieć przesłanie życia Chrystusa od Maryi

§ Stajemy na drodze upodabniania się do Chrystusa z Maryją – przyjacielskie obcowanie z Nim przez różaniec, wprowadza w Jego życie i pozwala oddychać Jego uczuciami

§ Prosimy Chrystusa z Maryją – Chrystus jest drogą modlitwy a Maryja ukazuje tą drogę.

§ Głosimy Chrystusa z Maryją przez ukształtowanie naszego serca według Serca Jezusa.

Ø Chrystologiczne znamię różańca widać również w jego odniesieniu do tajemnic Wcielenia i Odkupienia; „Zdrowaś” przynosi też chwałę Chrystusowi, do którego odnosi się zapowiedź anioła – …błogosławiony owoc żywota twojego (Maryi) — Jezus

Ø Sługa Boży Jan Paweł II dodał tajemnice światła, aby rozwinąć chrystologiczny wymiar różańca

Ø Również struktura koronki różańca stawia misterium Jezusa Chrystusa w centrum modlitwy: Krzyż oznacza, że na Chrystusie skupia się życie i modlitwa wierzących. Wszystko od Niego wychodzi, wszystko ku Niemu zdąża, wszystko przez Niego w Duchu Świętym dochodzi do Ojca.


[1] Por. R. Scherschel, Różaniec modlitwa Jezusowa Zachodu, Poznań 1988, passim.

wtorek, 29 czerwca 2010

Uroczystość św. Piotra i św. Pawła


Misterium Kościoła

29 czerwca w Kościele obchodzimy uroczystość Apostołów Piotra i Pawła. W ten szczególny dzień, kiedy świętujemy narodziny dla nieba dwóch, można powiedzieć „protoplastów” nowego Ludu Bożego – Kościoła, warto zastanowić się nad naturą Kościoła.

Kościół jest tajemnicą, ponieważ tylko przez wiarę ludzie są w stanie poznać, czym jest on w swojej wewnętrznej naturze. Określenie, „misterium Kościoła” oznacza, że istota Kościoła jest całkowicie nadprzyrodzona, na wzór istoty swojego Założyciela – Jezusa Chrystusa. Papież Paweł VI oświadcza: „Misterium Kościoła polega na tym, że Chrystus ukochał go i poświęcił się dla niego.” Co prawda, Kościół istnieje w historii, ale równocześnie ją przekracza. Jedynie „oczami wiary” można w jego rzeczywistości widzialnej dostrzec również rzeczywistość duchową, będącą nośnikiem życia Bożego. Kościół jako tajemnica jest miejscem, w którym w sposób rzeczywisty można spotkać przemawiającego do ludzi i współdziałającego z nimi Boga.

Kościół jest sakramentem zbawienia, czyli widocznym znakiem i narzędziem działającego i zbawiającego Boga na ziemi, znakiem widzialnym niewidzialnego zbawienia. Ponadto Kościół jest sakramentem zbawienia przez Chrystusa, który jest obecny „aż do skończenie świata” przez apostolat swojego Kościoła.

Rozpatrując temat teologii Kościoła, można ulec pokusie pojmowania istoty Kościoła zbyt zewnętrznie, według analogii do innych ludzkich społeczności, z tą tylko różnicą, że jest on społecznością religijną i ustanowioną przez Boga. Wiara jednak naucza, że Kościół nie jest tylko instytucją, Kościół bowiem użycza człowiekowi nowego życia, daje mu całkiem inną nadprzyrodzoną pozycję. W oczach wiary Kościół nie jest tylko przez Boga założony i uwierzytelniony, ale wznosi się na Bogu-Człowieku, w którego jest wszczepiony. To Jezus napełnia go swoją godnością i mocą – Kościół jest Mistycznym Ciałem Boga-Człowieka i wszyscy należący do tego Ciała stają się członkami Chrystusowymi.

To Chrystus wzywa ludzi, aby stanowili Kościół, On czyni ich jednym, własnym ciałem. Chrystus jako Głowa Ciała-Kościoła jest źródłem życia dla całego Ciała. Kościół posiada wspólnotę życia z Chrystusem, przez którą Chrystus go uświęca.

Kościół jako Ciało Mistyczne stanowi przedłużenie obecności Chrystusa na ziemi. W tej więc widzialnej społeczności będącej Kościołem realizuje się mistycznie obecność Chrystusa na ziemi. Kościół jest organizmem widzialnym, przy pomocy którego Chrystus żyje i działa na świecie. Ponieważ Chrystus jest obecny w świecie w swoim Duchu, musi mieć również jakieś ciało. Kościół właśnie stanowi to ciało, jako formę trwałej obecności Chrystusa w naszym świecie.

Do dwubiegunowej natury Kościoła należy zaliczyć zarówno zewnętrzną postać widzialną, a więc ustanowienie, strukturę Kościoła i zarządzanie nim, jak też jego wewnętrzną, niewidzialną rzeczywistość łaski. Aspekty widzialny i duchowy tworzą jedną rzeczywistość złożoną, która zrasta się z pierwiastka boskiego i ludzkiego.

Społeczność Ludu Bożego wymaga ładu, harmonii i porządku, dlatego właśnie Kościół to lud zjednoczony i zorganizowany pod zwierzchnictwem biskupów. Biskupi to następcy Apostołów i im właśnie przysługuje całkowita władza zwyczajna, własna i bezpośrednia. Prezbiter jest pomocnikiem i przedstawicielem biskupa; uczestniczy on we władzy, mocą, której sam Chrystus Ciało swoje buduje, uświęca i rządzi; kapłan uobecnia sobą Chrystusa. Ponadto Chrystus jako rządząca Kościołem Głowa z całą swą władzą pasterską nie jest inaczej obecny w Kościele jak tylko przez papieża. Celem i głównym zadaniem hierarchii z następcą Piotra jako głową jest wypełnienie przez Kościół misji strzeżenia i głoszenia prawdy objawionej oraz posługiwanie w udostępnianiu łaski.

Na społeczność wiernych Kościoła składają się konkretne osoby, ale powiązane organicznie ze sobą braterską wspólnotą. Ten lud jest dlatego Bożym, że tym, co go gromadzi i tworzy jest przede wszystkim inicjatywa Boga. Każda z osób tworzących ten lud posiada własne dary, swoje powołanie, swoje miejsce w całości znane Bogu; są to dary natury albo łaski, którymi posługuje się Duch Święty dla dobra całej wspólnoty.

Źródłem jedności tego ludu jest ustanowione przez Chrystusa prawo miłości. To prawo łączy tych, co go uznają, we wspólnotę jedyną w swoim rodzaju. Rodzina chrześcijańska kierująca się zasadą miłości staje się wspólnotą spojoną najcenniejszymi i najściślejszymi więzami, jakie istnieć mogą w społeczności.

Odpowiedzią, jaką może udzielić członek wspólnoty Kościoła Chrystusowi na dokonane przez Niego dzieło zbawienia, jest pełna akceptacja Jego i Jego dzieła przez wiarę w Jego prawdę głoszoną w Kościele oraz przez korzystanie z łaski udostępnianej w ekonomii sakramentów. Trzeba podkreślić, że nosicielem sakramentu zbawienia jest Lud Boży jako całość, a więc lud wiernych na czele z pasterzami.

Człowiek, który w pełni świadomie przeżywa swoją obecność w Kościele Chrystusowym, nie będzie swoim zachowaniem czy nieodpowiednim słowem ten Kościół ranił. Kto z kolei walczy z Kościołem (a przez chrzest przynależy do Niego), walczy z Bogiem, w którego jak przyznaje (paradoksalnie!) wierzy oraz jest samobójcą zabijając ciało, do którego należy - Mistyczne Ciało Chrystusa.

piątek, 11 czerwca 2010

Uroczystość Najświętszego Serca Jezusa


Bóg, który ma serce...

Bóg, który kocha do końca i pomimo wszystko...

Bóg, który nadstawia policzek i cierpliwie wysłuchuje, że Go nie ma...

Bóg, który przytula i otula swoją obecnością...

Tak bliski, że aż się nie chce w to wierzyć...

Bóg, w którym nie ma cienia własnego "ja" i

dlatego tak bardzo nas przekracza...

niedziela, 4 kwietnia 2010

ZMARTWYCHWSTANIE



Człowiek nie jest stworzony do śmierci, bo nie umie się z nią pogodzić! Nie potrafi myśleć o śmierci bez wzruszenia i łez. Nawet Jezus płakał (!) nad grobem przyjaciela – Łazarza. Sam prosił o odsunięcie kielicha cierpienia i konania.

Życie – tak bardzo je kochamy. Bóg nie uczynił śmierci i nie cieszy się ze zguby żyjących, a śmierć weszła na świat przez zawiść diabła – mówi Biblia. Bóg stworzył nas do życia!

Dzięki śmierci i Zmartwychwstaniu Chrystusa przed człowiekiem otwiera się perspektywa wieczności. „Nie umrę?” – pytamy najpierw nieśmiało i niedowierzająco, później z entuzjazmem i euforią wyrywa się krzyk – „Nie umrę!” Życie się nie kończy a zmienia. Co więcej, nasze ciała też zmartwychwstaną powołane do życia miłością Boga.

Jezus był pierwszym, który Zmartwychwstał, ukazując przeznaczenie człowieka – przeznaczenie do życia. Czy może być piękniejsza przyszłość niż życie - tak upragnione przez człowieka, życie nie kończące się, życie wieczne, życie w ciele przemienionym, pięknym, bez cierpienia, lęku, życie, gdzie Bóg sam, będąc najbliższym przyjacielem, otrze nam łzy.

„Wspaniale, ale...”- i tu znowu dociekliwość człowieka nie daje za wygraną. „Jakie to będzie życie, czy będziemy pracowali, kochali czy spotkamy najbliższych, ile będziemy mieli lat...?” – pytamy. Nie wiemy nic, ale możemy być pewni jednego, że będzie to już inna jakość życia, nowa, przeniknięta Bogiem – Bóg będzie wszystkim we wszystkich.

Czym jest niebo? Obecnością Boga. W niebie jest Bóg – Bóg będzie dla nas „oczywistością”, „bliskością”.

Jest to wiadomość piękna i pocieszająca dla tych, którzy każdego dnia coraz bardziej Boga poznają i wzmacniają swoją przyjaźń z Nim, pogłębiają miłość, poprzez wierne trwanie przy Nim „w doli i niedoli” swojego człowieczeństwa. Dzień śmierci będzie dla tych osób narodzeniem się do życia prawdziwego, kiedy nareszcie zobaczą, dotkną i przytulą swoją skołataną głowę do kochającego Serca Jezusowego, ich czas się wypełni...

W dniu, w którym narodziła się dla nas nadzieja życia wiecznego, zapatrzeni w blask Zmartwychwstałego Chrystusa, mamy szansę uświadomić sobie, że niebo jest bliżej nas niż się spodziewamy. Już dziś możemy budować niebo w sobie, budować go poprzez zaproszenie oczekującego nas i kochającego Boga do oczyszczonego serca.

Niebo może rozkwitnąć w nas, bo Bóg jest życiem i niebem.

poniedziałek, 22 lutego 2010

Wielki Post


W Środę Popielcową zaczął się kolejny Wielki Post naszego życia. Ten specyficzny, okres w roku liturgicznym Kościoła łączy się z podejmowanymi przez nas formami pokuty. Ogólnie wyróżniamy trzy rodzaje postanowień wielkopostnych: post, modlitwę i jałmużnę.

Katechizm Kościoła Katolickiego podkreśla, że „Kościół co roku przez czterdzieści dni Wielkiego Postu jednoczy się z tajemnicą Jezusa na pustyni” (KKK 540). Spróbujmy spojrzeć na post, modlitwę i jałmużnę przez pryzmat Ewangelii z I niedzieli Wielkiego Postu (Mt 4, 1 – 11).

Post

Pierwszą pokusę możemy nazwać pokusą „chleba”. Kusiciel chce namówić Jezusa, aby zamienił kamienie w chleb. Jezus w odpowiedzi cytuje fragment z księgi Powtórzonego Prawa: „Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych.” Zbawiciel pragnie tutaj zwrócić uwagę, co w życiu ludzkim powinno być najważniejsze: Bóg i Jego Słowo. I taki właśnie jest sens postu. Nie chodzi o „sztukę dla sztuki”, ale o to, aby podjęte wyrzeczenie dóbr ziemskich skupiło naszą uwagę na Królestwie Niebieskim. Nie ograniczajmy więc postu do zwykłego „nie jedzenia”. Potrzeba wyrzekać się tego, co naprawdę przeszkadza nam kochać Jezusa. Może to być jakiś zgubny nałóg, taki jak papierosy, alkohol, używki, zbyt częste oglądanie telewizji, przesiadywanie przed komputerem itp.

Modlitwa

Zmiana naszych złych przyzwyczajeń nie może być tylko zwykłym „ćwiczeniem” wielkopostnym, ale musi prowadzić do częstszego przebywania z Bogiem, a więc modlitwy. Kościół w czasie Wielkiego Postu proponuje uczestnictwo w nabożeństwach Gorzkich Żali, Drogi Krzyżowej czy w Rekolekcjach. Warto nie tylko wziąć udział w tych formach modlitwy wspólnotowej, ale także pogłębiać swoją osobistą więź z Bogiem poprzez bardziej świadomą obecność w Kościele, modlitwę osobistą wypowiedzianą własnymi słowami. Celem takich praktyk jest sam Bóg, który ma stać się dla nas kimś najważniejszym, przenikającym wszystkie sfery naszego życia, Osobą, która nami kieruje. Traktowanie Boga instrumentalnie, jako „maszyny” do spełniania naszych zachcianek (modlitwa w stylu: „Boże daj mi czego chcę, bo inaczej nie będę wierzył”) jest podszeptem szatana, grzechem wystawiania Boga na próbę. To Bóg ma kierować naszym życiem, a nie my Bogiem.

Jałmużna

Ta forma pokuty przeważnie zawężona jest tylko do dawania pieniędzy na biednych. Jezus, będąc na pustyni, odpowiada szatanowi po raz trzeci: „Panu Bogu swemu będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz.” Służyć Bogu to znaczy służyć człowiekowi. Jałmużna jest ofiarą złożoną na rzecz bliźniego, niekoniecznie pieniężną. Może to być ofiara swojego czasu: rozmowa z kimś samotnym, może właśnie z mojej rodziny, spędzanie więcej czasu z dziećmi, pomoc koleżance, itp. Czasami warto ofiarować jałmużnę zwykłego uśmiechu i dobrego słowa komuś, kogo nie darzymy sympatią. Pomysłów może być wiele.

Ostatecznie przecież Wielki Post jest czasem szansy prawdziwego nawrócenia to znaczy radykalnej zmiany życia. Postanowienia, które podejmujemy powinny być odzwierciedleniem naszych pragnień szczerego powrotu do Boga, a nie czasem przeczekiwania, gdy wszystkie przyjemności są zabronione. Dokonajmy wyboru przylgnięcia całym sercem do Boga. Oczywiście, spotka nas wiele trudności, walka ze swoimi przyzwyczajeniami nie jest łatwa, ale nie jesteśmy sami, tę samą drogę pokus przeszedł Jezus, który nas zawsze wspiera. Nie zniechęcajmy się upadkami, albowiem wszystko jest możliwe dla tego, który zaufał Bogu i powierzył Mu swoje życie.

poniedziałek, 8 lutego 2010

Walentynki...?


Święty Walenty

Miłość jest szalona…

Dzień czternastego lutego, pomimo liturgicznego święta Cyryla i Metodego (patronów Europy), zapisał się już na stałe w umysłach Polaków jako Dzień Zakochanych, którym patronuje święty Walenty.

Kim był święty Walenty?

Źródła historyczne są, niestety, zbyt skąpe, aby można było coś pewnego powiedzieć. Wiadomo jednak, że był rzymskim kapłanem lub być może nawet biskupem Terni, koło Rzymu, który został ścięty w czasie prześladowania za panowania cesarza Klaudiusza II Gota, około roku 270. Ikonografia przedstawia Walentego przeważnie w stroju kapłana, czasem biskupa, w momencie jak uzdrawia chłopca z padaczki. Święty Walenty był otoczony szczególnym kultem już od IV wieku i czczono go jako patrona chorych na epilepsję oraz chorych nerwowo. W Polsce, w Krobi (archidiecezja poznańska), było, a być może jest nadal, jego sanktuarium, a także trumienka z relikwiami.

Dlaczego ten męczennik stał się patronem zakochanych?

Istnieje hipoteza, dowodząca, że zwyczaj przesyłania podarków, listów i obrazków miłosnych jest pozostałością pogańskiego obyczaju, według którego chłopcy, 15 lutego, rysowali imiona swych ukochanych na cześć bogini dziewcząt. Chrześcijaństwo, na rysowanych w tym dniu obrazkach, pod imię bogini podstawiło imię świętego Walentego, chcąc zaadoptować pogańską praktykę do chrześcijańskich czasów, które nastały w IV wieku.

Może jednak to wcale nie przypadek, że tradycja ludzka uczyniła z patrona osób chorych nerwowo, tak zwanych „szaleńców”, patrona zakochanych. Nie jest to aż tak odległa analogia, zważywszy na to, że prawdziwa miłość musi mieć coś w sobie z szaleństwa.

Czym jest prawdziwa miłość?

Warto zastanowić się nad tym, aby gdy nadejdzie dzień 14 lutego nie pogubić się w stosie serduszek, kartek i reklamowej propagandy, która chce zarobić na miłości rozumianej bardzo powierzchownie. Częstym błędem jest utożsamianie miłości tylko z przelotnym uczuciem. Miłość jest rodzajem postawy życiowej, wyrażającej się w konkretnych czynach ofiary, poświęcenia i przebaczenia. Mistrzem i nauczycielem na drodze autentycznej miłości jest sam Jezus Chrystus, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek. Jego życie to nieustanne nakierowywanie siebie na innych i ich potrzeby. Chcąc być „dla” niejednokrotnie rezygnuje z siebie, ze swojego odpoczynku, ciągle nasłuchuje skąd będzie słychać: „Jezusie, ulituj się!”, aby przyjść z pomocą. Modli się w nocy ponieważ tak bardzo zajęty jest w dzień. Jest to miłość, która nieustannie rozdaje, wyrzeka się siebie i ofiaruje, aż do ostatecznej ofiary zbawczej na krzyżu, wśród kpin i niezrozumienia, przebaczająca. Jest to miłość prawdziwie szalona, nie mieszcząca się w kategoriach ludzkiego rozumowania.

Jak my możemy kochać?

Matka, która poświęca siebie, np.: swoją karierę zawodową, aby być z dzieckiem, aby go wychować i zaspokoić jego potrzeby, kocha prawdziwie. Żona lub mąż, którzy rezygnują ze swojego „ego”, np.: ze swojego zdania w sprawie spornej, aby dojść do porozumienia i kompromisu, a tym samym zachować pokój w rodzinie, naprawdę kocha. Wreszcie osoba, która ofiaruje swoje młode życie na służbę Panu, opuszczając rodzinę, kocha autentycznie. Przykłady można by mnożyć...

Miłość, nie jest zwiewnym i nieokreślonym uczuciem, ale konkretną postawą, ofiarującą swoje życie braciom, na wzór naszego Pana Jezusa Chrystusa, który ukochał do końca. Taka miłość jest umieraniem sobie, dlatego w dzisiejszym świecie nastawionym na patrzenie z perspektywy „ja” i „dla mnie” jest uznawana za szaleństwo. Tylko jednak taka miłość może zaspokoić ludzkie serce, które zostało stworzone na wzór serca Bożego.

14 lutego prośmy Pana o miłość szaloną, zapominającą o sobie, miłość Jezusową, miłość ofiarną i przebaczającą.

Święty Walenty, módl się za nami!

środa, 6 stycznia 2010

Uroczystość Objawienia Pańskiego - Trzech Króli


K+M+B

Szóstego stycznia Kościół obchodzi Uroczystość Objawienia Pańskiego. Jest to, obok Wielkanocy, najstarsze święto chrześcijańskie. W II wieku, w ten dzień wspominano Chrzest Pański, w IV wieku w Tracji i Egipcie świętowano Epifanię, czyli wydarzenia z życia Jezusa, takie jak narodzenie, chrzest w Jordanie, pokłon Mędrców, cud w Kanie. W V wieku Objawienie Pańskie stało się świętem ogólnokościelnym.

W Polsce ta uroczystość jest nazywana również świętem Trzech Króli. Ewangelia nie nazywa jednak przybyłych ze Wschodu wędrowców królami, lecz mędrcami oraz nie podaje ich liczby. Można się tylko domyślać, że było ich trzech skoro przynieśli trzy dary. Królami mogła nazwać ich tradycja pod wpływem Psalmu 72, który znajduje się w tekstach liturgicznych tej uroczystości: „Królowie Tarszisz i wysp przyniosą dary, królowie Szeby i Saby złożą daninę.” Imiona Kacper, Melchior i Baltazar nadano Mędrcom dopiero w IX wieku. Legenda głosi, że po powrocie do swoich krajów królowie zrzekli się tronów, aby głosić wiarę w Chrystusa, a dożywszy sędziwego wieku doczekali chwili, kiedy po Wniebowstąpieniu Pańskim Tomasz Apostoł udzielił im sakramentów, a nawet sakry biskupiej.

Dary, jakie przynieśli Mędrcy małemu Jezusowi mają swoje znaczenie. Złoto oznacza, że Jezus Chrystus jest Królem całego świata, kadzidło mówi o Chrystusie Kapłanie, zaś mirra, balsam, którym namaszczano zmarłych, wskazuje na ludzką naturę Jezusa i w konsekwencji zapowiada Jego śmierć.

Od końca średniowiecza na pamiątkę tych darów święcono pierścionki jako złoto, żywicę jako kadzidło oraz ziarnka jałowca jako mirrę, a także dodatkowo wodę na pamiątkę chrztu Jezusa oraz kredę. Dziś święcimy kadzidło i kredę. Po powrocie z kościoła święconą kredą piszemy inicjały imion trzech królów oddzielając je krzyżykami (K+M+B) wraz z cyframi bieżącego roku. Można także napisać C+M+B (Christus mansoni benedicat), co oznacza „Niech Chrystus błogosławi temu domowi”. Litery na drzwiach świadczą o tym, że w domu mieszka chrześcijańska rodzina.

Nazwa „Objawienie Pańskie” tłumaczy sens tej uroczystości. Jezus Chrystus objawia się światu, to znaczy, że przyszedł na ziemię nie tylko dla wybranego przez Boga narodu, ale dla wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek żyli i będą żyć. Taki wydźwięk mają także teksty liturgiczne. Szczególnie list do Efezjan podkreśla współuczestnictwo wszystkich ludzi w łaskach ofiarowanych przez Chrystusa.

Jak widać święto to obchodzone na początku roku kalendarzowego jest pełne nadziei. Nie dość, że zarysowuje przed nami uniwersalność zbawienia, ale także otwiera nasze umysły na perspektywę eschatologiczną i pragnie ucieszyć znękane biedą tego świata serca wizją Królestwa Niebieskiego, gdzie Królem i jedynym Światłem jest Jezus Chrystus. Zbyt często zapominamy o Nowej Ziemi, którą przygotowuje nam Bóg a zatrzymujemy się na tym świecie, tak jak by poza śmiercią już nic nie istniało.

Pójdźmy i my złożyć dary Jezusowi: złoto naszego życia, kadzidło naszych modlitw i mirrę naszego cierpienia. Pójdźmy tam, gdzie Jezus rodzi się każdego dnia, na ołtarzach naszych kościołów. Prośmy o błogosławieństwo dla rodzin. Wyznajmy wiarę, znacząc litery na drzwiach naszych domów i zadbajmy, żeby to była kreda poświęcona i przyniesiona z Kościoła, a nie pożyczona od sąsiada.

piątek, 25 grudnia 2009

Bóg się rodzi...

Bóg się rodzi… śpiewamy co roku w tradycyjnej kolędzie.

Bóg, który przekracza ludzką zdolność pojmowania. Bóg - wspanialszy niż najśmielsze marzenia. Bóg – czyste istnienie, wystarczalne samo w sobie, wspólnota wspólnot. Bóg jak wieczna wiosna, jak dłonie mojego taty, jak uśmiech mojej mamy. Słowa zbyt małe by wyrazić rzeczywistość przestrzeni Boga. I dziś Bóg się rodzi…

Czy to możliwe? Przecież Bóg jest niezmierzoną wiecznością, otacza nas swoim istnieniem jak powietrzem, a tu dziecko, maleńka kruszyna uzależniona od ramion matki i ojca. A jednak to Bóg się rodzi…. W całkowitym ubóstwie i odrzuceniu, rodzi się jak niechciane dziecko tej ziemi. W tamtą noc nie było pachnącej choinki, raczej „zapachy” stajni, nie było kaloryfera, raczej gryzący dym z ogniska. Ale przecież była i gwiazda, i pasterze, nawet mędrcy z odległych krain, ale przede wszystkim była Maryja i Józef – dwoje oddanych temu Dziecku na przepadłe.

Ale dlaczego? Dlaczego Pan zamienił wszechwładzę na niemoc, przecież wiedział, co stanie się potem...opuszczając łono Ojca widział już swój krzyż…Dlaczego pozwolił sobie na odrzucenie przez człowieka, dlaczego przyszedł żebrać…

Jest to tajemnica – misterium, misterium Bożego Narodzenia, tajemnica Bożej Miłości, która uparcie poszukuje człowieka, ryzykując wszystko. Człowiek nieustanny uciekinier, dezerter służby Bożej. Brak zaufania zaprowadził go w ślepy zaułek własnej nienawiści. Męczy się w sidłach własnego egoizmu. I jak do niego mówić skoro zatyka uszy, jak mu wskazać drogę, skoro uparcie zamyka oczy. Bóg – Oblubieniec ludzkości, swojego stworzenia widział tylko jedno wyjście, aby dotrzeć do człowieka. W sytuacji zatkanych uszu, zakrytych oczu Bóg zdecydował się PRZYJŚĆ i DOTKNĄĆ, z delikatną miłością zdjąć palce z uszu, łagodnie otworzyć oczy. Jak jednak można dotknąć bez ciała? Bóg przyjmuje ciało ludzkie, ciało ograniczeń, ale to nie jest ważne, bo dla miłującego liczy się tylko umiłowany to znaczy człowiek. Bóg przychodzi na ziemię, abym ja – człowiek mógł być w niebie.

Bóg - przychodzi tak zwyczajnie, pojawia się nagle w zwykłych sprawach ludzkich, prawie niezauważony, stwarzając wciąż i na nowo. Delikatny, cichy i ukryty, dotyka i przytula. Mądrość Boża wybrała nędzne ludzkie ciało na narzędzie swojej miłości, Miłości czystej i pięknej, nieustającej. Mądrość Boża uświęca ciało ludzkie i odtąd już nigdy nie jest ono nędzne, jest Boskie! Jakie to dziwne, człowiek odszedł od Boga, bo chciał być jak Bóg, Bóg zaś staje się człowiekiem, aby przygarnąć go na łono swojej Boskości, dać wieczność, aby był jak Bóg. Jak Bóg to znaczy miłością nieogarnioną i do końca, zapomnieniem o sobie, czystą prawdą – pokorą, prostotą, przebaczeniem…

W dzień Bożego Narodzenia pragniemy życzyć tego istnienia i życia jak Bóg…

wtorek, 1 grudnia 2009

ADWENT

Adwent na miarę tęsknoty i miłości

Adwent. Wywołane hasło kojarzy nam się różnie: oczekiwanie, przygotowanie, święty Mikołaj, zakupy, rezygnacja, ciemne dni, lampki na ulicach, spowiedź. Terminy można by mnożyć w zależności od pewnej praktyki życia wiary, jaką posiada każdy z nas. Adwent jednoznacznie kojarzy się także z Bożym Narodzeniem, okresem poprzedzającym, przygotowaniem. Ten czas liturgiczny, zaczynający nowy rok kościelny zawiera w sobie z pozoru wiele sprzeczności. Z jednej strony mówimy o okresie radosnego przygotowania, a z drugiej widzimy fioletowy ornat. Niby nam już wolno się bawić, gdyż Adwent nie został zaliczony do okresu pokuty, więc nie ma oficjalnego zakazu, ale także nie ma jakiejś zachęty a doświadczana swoistego rodzaju powaga w Kościele, hamuje zapędy andrzejkowych zabaw i dlatego słusznie pytamy się kiedy w tym roku wypadnie pierwsza niedziela adwentu, aby na zabawę pójść raczej przed nią a nie po.

Paradoksy tego okresu liturgicznego są jednak, jak to często bywa, tylko pozorne, ponieważ miarą zrozumienia i właściwego przeżycia adwentu będzie miara naszej wiary, nadziei a przede wszystkim miłości. Nie jest to w żadnym razie nadmierny patos, gdyż staje się zrozumiałym, że kto kocha to czeka na Ukochanego i wierzy oraz ma głęboką nadzieję, że On na pewno przyjdzie, skoro sam tak powiedział.

Podpatrzmy jak zachowuje się zakochana narzeczona, umówiona na spotkanie z przyszłym mężem. Przede wszystkim przygotowuje się, chce dobrze i atrakcyjnie wyglądać, dba o swoje piękno, a gdy wszystko jest już gotowe oczekuje, siedząc z nosem przy szybie, chodząc niespokojnie po pokoju, wręcz nie potrafi już myśleć lub zająć się czymś innym. Gdy oczekiwanie się przedłuża przeżywa bolesne rozterki, niepokój, od radości, gdy wyobraża sobie już bliskie spotkanie do głębokiego smutku, gdy stwierdza, że narzeczonego jeszcze nie ma. Jakże musi przeżywać niewyobrażalne szczęście, kiedy jej nadzieje wreszcie się spełniają. Ta jej radość będzie wprost proporcjonalna do intensywności jej oczekiwania, do miary miłości, jaką darzy osobę na którą czeka. Tak obrazowo powinien wyglądać adwent osoby wierzącej.

Przede wszystkim czekając na przyjście Zbawiciela musimy wypięknieć w sensie duchowym. Potrzebna będzie spowiedź, częstsza modlitwa przez na przykład udział w roratach czy udział w rekolekcjach parafialnych. Następnie pełne radości, ale i napięcia spowodowanego tęsknotą serca za Mającym Nadejść oczekiwanie.

W tym momencie chyba łatwiej zrozumieć, że pytanie o możliwość zabawy w adwencie staje się bezpodstawnym. Nikt nie zaczyna przyjęcia zanim nadejdzie osoba uroczystująca, solenizant. Naprawdę komicznie, a może raczej wręcz niestosownie wygląda przyjęcie urodzinowe przed narodzeniem dziecka – tutaj Jezusa Chrystusa.

Wnioski nasuwają się same. Przeżyję adwent na miarę mojej tęsknoty za Zbawicielem. Jeżeli całą ufność pokładam w Bogu, który przychodzi właśnie do mnie z miłości, abym nie czuł się samotny w moim cierpieniu, który pokazuje jak cierpieć, bo sam całe życie cierpiał, który staje się bliski dla mnie, staje się Bogiem z nami, tak bliski, że Go mogę dotknąć (ma przecież ciało!), tak bliski, że mogę Go przyjąć do serca i być razem na zawsze, tak bliski, że mogę Go nie zauważyć, albo nawet zlekceważyć, tak bliski, że aż za zwyczajny i nie do pojęcia…

Oczekiwanie na pierwsze przyjście Syna Bożego, to znaczy na Boże Narodzenie, nie wyczerpuje jednak bogactwa adwentu. Teksty liturgiczne w pierwszej części tego okresu dotyczą oczekiwania Pana, który przyjdzie na końcu czasów. Czekamy, więc i przygotowujemy się do końca świata. Przywołując apokaliptyczne zawołanie „Marana tha!” – „Przyjdź Panie Jezu!” modlimy się o ten koniec! Tylko człowiek przeniknięty na wskroś miłością do Chrystusa – Oblubieńca Kościoła może się tak modlić. Kto często spogląda na ołtarz Pana widzi Chrystusa, jako spełnienie wszystkich swoich pragnień i marzeń o piękniejszym życiu, gdzie nie ma już zła, które zostało ostatecznie pokonane przez Krzyż i Zmartwychwstanie. Czy nie chcemy by nastał wreszcie lepszy świat bez lęku, cierpienia i śmierci? Dlaczego więc podświadomie obawiamy się tego lepszego – nowego świata, nowej ziemi? Czy nie mamy zapowiedzi, że „wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują”. Właśnie, „tym którzy Go miłują”, to znaczy oddają Mu całe swoje życie, na dobre i złe, w zdrowiu i chorobie… Czy więc miłuję jeżeli się lękam, bo przecież „doskonała miłość usuwa lęk”?

Znowu nasuwa się jeden wniosek, który powtarza jak refren tęsknej pieśni adwentowej: przeżyję adwent na miarę mojej tęsknoty i miłości do Pana Jezusa. Będę czekać na Niego z całym zaangażowaniem, jeżeli Go potrzebuję, jeżeli jest On dla mnie spełnieniem moich najskrytszych pragnień.

W tym kontekście może warto u progu tego pięknego czasu oczekiwania na przyjście Chrystusa zadać sobie pytania: Jak wyglądał mój adwent do tej pory? Czy to była miara miłości? Jak chce żeby wyglądał adwent w tym roku? I nie martwmy się tym, gdy przy całym naszym staraniu piękne postanowienia legną w gruzach. Doświadczając swojej słabości, jeszcze bardziej zapragniemy przyjścia Jezusa Chrystusa, który sam będzie naszą mocą. Nasze pragnienie będzie już spotkaniem, bo taka jest miara miłości!

U progu adwentu z głębi serca zawołajmy: „Przyjdź! Amen. Marana tha! Przyjdź Panie Jezu!” A zaiste przyjdzie niebawem.